środa, 7 maja 2014

Pościg



Pod dom podjechała czerwona Toyota Aygo.
Wysiadł z niej człowiek specyficzny: w swetrze z lat 90, dość już spranym, porościąganym. Na nogach miał półbuty, które przebiegiem przypominały mi moje pierwsze samochody - koszmar. Uczesany był w nieuczesanie. Starszawy, tęgawy mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby się dopiero obudził na jakimś kartonie, gdzieś na ławce pod miastem.
Widziałem go już parę razy, a nawet rozmawialiśmy, ale najczęściej to on przesłuchiwał mnie. Nasze poprzednie rozmowy bowiem dotyczyły przeważnie pytań ile mam pieniędzy, co z nimi robię i jak on może sobie jeszcze dorobić. Wejść w transport, kupić auto? Nie... Przecież na to trzeba wydać kaskę, a on tego właśnie najbardziej nie lubił. Pamiętam, kiedyś spotkałem się z nim przypadkiem na mieście. On wyciągnął wtedy z torby jakiegoś lumpa i spytał się mnie, ile za niego zapłacił. Na moje oko kurtka kiedyś ze skury ważyła chyba 
z dziesięć kilo więc pomyślałem, że jeśli za każde kilo zapłacił jedno euro, 
to w sumie dziesięć? Zaśmiał się szczerym śmiechem, takim od ucha do ucha 
i powiedział: - Nie, ona ( ta kurtka) kosztowała dwa euro. Dwa euro – powtórzył z naciskiem. Po czym przeszliśmy do zasadniczej części naszej rozmowy czyli przesłuchiwania mnie (znowu!) na temat moich dochodów, wydatków i zużycia paliwa. Nie wiedzieć dlaczego właśnie ta „metoda” pogawędki  sprawiała mu ogromną przyjemność. Wkrótce dowiedziałem się, że był to człowiek zamożny, 
a zgromadzona przez niego kaska zalegała w bankowym sejfie. Ale czy to prawda? Na jego temat krążyło już wiele legend.
Podszedł do mnie i rzuciwszy szybkie „hallo” spytał, czy będę jechał do Polski, ponieważ on niebawem będzie się przeprowadzał i potrzebuje transport. Dogadaliśmy cenę dopiero, gdy on się upewnił, że na tym interesie nic nie traci 
i umówiliśmy się na następny dzień na załadunek.

Podjechałem pod dom, przed którym leżały różne kartony i nylonowe worki. 
W środku było podobnie: mnóstwo kartonowych paczek z napisami: podkoszulki, slipy, skarpety, grube flanelowe koszule, które widać było przez folię i sterty zakurzonych książek. Oprócz kartonów wnieśliśmy do Renaty stary jak świat telewizor (bez pilota), pralkę co pamiętała czasy, w których  Wałęsa wprowadzał i budował solidarność oraz zardzewiały piwniczny regał.  Poza tą masą lumpów jedynie kanapa wydawała się zasługiwać na uznanie. Zmotywowany w myślach  zasadą, że klient nasz pan, wrzuciłem jeszcze na górę dwa zniszczone i brudne dywany. Niestety, nic więcej nie dało się już upchnąć. A i tak było tego z osiemset kilo. W życiu nie widziałem takich gratów lumpów i dziunków, które pakowaliśmy na auto. No cóż, zachodni dobrobyt...

Na drugi dzień przygotowany  do wyjazdu popijałem jeszcze kawkę z Jagodą przed domem. Nagle nasunęło mi się pytanie, które wypowiedziałem głośno: - Ciekawe, ile bagaży zmieści się do tego małego czerwonego autka? Właśnie zaczęliśmy spekulować na ten temat z Jagodą, gdy nagle nasz znajomy zajechał pod dom, a to, co ujrzeliśmy w aucie i na jego dachu, przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Z daleka było już widać czerwoną strzałę ,powoli przesuwającą się do przodu.  Raz po raz z podwozia szły iskry, gdyż samochód był tak wyładowany, że rura wydechowa znajdowała się niecałe pięć centymetrów  od jezdni.
Było tam dosłownie wszystko: począwszy od dwóch przyrdzewiałych rowerów, 
a skończywszy na konewce. W sumie brakowało jedynie fortepianu. Nasz znajomy dosłownie wycisnął się z kabiny, w której  było miejsce tylko dla niego. Poza tym nie było gdzie ręki wcisnąć.

-Hallo Tymoteusz, musimy się umówić. - Podszedł do mnie  z poważnym wyrazem twarzy. - Którędy będziesz jechał? - spytał. 
- Do granicy tak, jak mi pokaże nawigacja – odparłem. -
- To jedziemy – stwierdził i wcisnął się do autka. 
Po chwili jednak z powrotem się z niego wycisnął, podszedł do mnie do szoferki 
i powiedział: 
- Czekaj, musimy się umówić. Którędy będziesz jechał? 
- Tamtędy – wskazałem ręką. 
- Jedź tędy – pokazał odwrotny kierunek. 
- Tędy nie mogę, bo tam jest most. Samochód się nie zmieści. 
- OK. 
Wrócił do autka, ale nie wsiadł, tylko się odwrócił i zawołał w moim kierumku:  
- Czekaj, musimy się umówić. Chodzi o to, że ja nie jeżdżę szybko – wyrzucił to z siebie jedynm tchem. 
- Ja też nie jeżdżę szybko, więc nie ma problemu – odparłem. 
- A ile jeździsz? - spytał.
- Do stówy- odparłem. Nie mogę szybciej, bo mam wyładowyny samochód. 
- Ale ja jeżdżę jeszcze wolniej – wybąkał. 
- To ile? - spytałem? 
- Pod górkę 50 km na godzinę – odparł.
- No to podjedziesz do przodu , a ja cię będę popychał – zaśmiałem się.
Start. I zaczęły się emocje:  faktycznie pod górkę chyba jeszcze naciskał hamulec: inni kierowcy mrugali mu światłami, trąbili i pokazywali  fuck you, wolałem nawet się trochę oddalić. Dalej trasa mijała nam spokojnie, w kółkach tj. raz on mnie wyprzedzał raz ja jego. Ściemniło się i tym razem on jechał pierwszy. Jak to na autostradzie bywa, sami nie jechaliśmy. Naglę ni z tego nie owego wyprzedził nas dokładnie taki sam bus, dokładnie w takim samym kolorze, chyba tylko numery się nie zgadzały. Rejestracja katowicka, a my 
w inną stronę polski.Wyprzedził mnie, a za chwilę jego. Wtem, patrzę jak czerwona pchła daje migacz na lewą stronę i zaczyna przyspieszać. Myślę: spoko, może się znudził stówą i chce trochę poszaleć. Ale on mi pomału zaczyna znikać z pola widzenia! Przyśpieszyłem i ja: 110,120,130... Więcej nie mogę... Ledwo go widzę ale widzę, jak daje co chwilę kierunkowskaz i wymija następne samochody! Trzyma się przy tym blisko tego busa co, mnie wyprzedził. Wtedy zaczynam jarzyć: pomylił się! Wziął mnie za tamtego! I jeszcze jest gotów pojechać za tamtym busem do samych Katowic .... Muszę go gonić! Albo dać mu jakoś znać. Telefon! Dzwonię , żeby mu o tym powiedzieć. Nic z tego, nie odbiera!
Radio! Wzywam kierowcę  tegoż busa, ale też nic! Może ma głośną muzykę? Holera! Patrzę na nawigację: do zjazdu jeszcze 50 km a ja za nic nie mogę ich dogonić......

 
Mały czerwony pirat jedzie tak szybko, że bagaże prowizorycznie zamontowane na dachu jego auta zaczynają się już obsuwać. Mrugam więc światłami od paru minut i nic, dalej bez rezultatu. Dzwonię do niego znowu. Jest!
-Hallo, Herr Misztra... Hallo haalooo!
Głos w słuchawce mi odpowiada:
-Nie mogę teraz rozmawiać bo szybko jadę i muszę się skupić.
Odrzuca połączenie i się rozłącza. Jakaś masakra – myślę. Do zjazdu już tylko 32 km, a ja dalej nie mogę go wyprzedzić. Ostatnia szansa w sibi-radiu. Wywołuję kolegów, informując ich o całej sytuacji, podaję na którym kilometrze i w którym kierunku jadę. Jest dwóch! Opowiadam w czym rzecz, a oni śmiejąc się w niebogłosy obiecują pomoc. Z daleka widzę, jak jeden duży wymija drugiego i jadą razem koło siebie wymuszając na moim białym sobowtórze spowolnienie jazdy do 70km/h. Bajka, wreszcie! Szybko dziękuję chłopakom 
i dopadam moją zgubę. Jakież jest jego zaskoczenie, że ten przed nim to nie byłem ja... i że byłem zmuszony organizować całą tę akcję dywersyjną aby go dopaść.
 Później się już kurczowo trzymał Renaty, hahaha. Co prawda jeszcze rozrabiał na bramkach, wysypiując drobne na jezdnię, tamując ruch na kwadrans , ale 
w porównaniu do niesfornj uceiczki tamto, to tylo niewinne drobiażdżki. Pomyślałem, że to w końcu nic takiego. 
Pozdrawiam Chłopaków, którzy pomogli mi poskromić pirata!

6 komentarzy:

  1. Haha dobre opowiadanko , pozdrowionka :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajne opowiadanko, pozdrowionka :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha dobre opowiadanko , pozdrowionka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę kogo ja widzę :-) dziękuję.

      Usuń
  4. Kurcze nie wiedziałem, że na trasie takie pościgi organizujecie :) Ale jak to jeden kierowca powiedział: Fajne jest życie drivera ;)
    Pozdrówki,
    Michał

    OdpowiedzUsuń