czwartek, 27 lutego 2014

Przemytnik

Zbliżałem się nieuchronnie do przejścia granicznego.
- No tak - powiecie - ale jesteśmy w unii i nie ma już granic.
- Jasne, ale nie wtedy, gdy masz się zamiar przeprawić promem z Francji do Anglii. Wtedy wpadasz w całą tę pętlę celną, przygotowaną właśnie dla ciebie: biednego wymordowanego kierowcy, który jak by tego wszystkiego było mało, dodatkowo narażony jest na stres. Wywołany jest on w początkowej fazie „atrakcji” tzw. „rentgenem”,  na który wjeżdża autko jak w szpitalu czy na lotnisku. Pan celnik w tym przypadku otrzymuje piękne zdjęcie pojazdu z dokładną zawartością znajdujących się w nim rzeczy. Doprawdy nic się nie ukryje.
Następny etap to sprawdzenie papierów przewozowych , dowodu tożsamości - i - jeśli nie jesteś poszukiwany - to już prawie spokojnie możesz dojechać do terminalu, na którym czekasz na wjazd na prom i na sam rejs. Ale...
No właśnie; ale zanim się tam znajdziesz, musisz jeszcze trzymać kciuki, czy nie zostaniesz zaproszony na kontrolę osobistą, co jest prawdopodobne wtedy, jeśli towar, który jest prześwietlony na rentgenie, nie sprawdza się do końca z wykazem dokumentów, które podałeś do kontroli. Oczywiście cały czas mówimy o tym, że wszystko trzeba pokazać i przede wszystkim mówić prawdę co się wiezie, skąd się wiezie i dokąd się wiezie...
A dzień wcześniej?
Od samego rana nerwówka. Już bladym świtem kochani spedytorzy dzwonią jak oszalali z wiadomością, że właśnie mam załadunek, na który już jestem spóźniony i dlaczego ja jeszcze nie jadę. Oczywiście nie ma mowy o śniadaniu czy toalecie, sprawa jest najwyższej wagi państwowej (jak zawsze).

Schodzę ze swoich sypialnianych apartamentów w oka-mgnieniu, czeszę się jednym wprawnym ruchem ręki, a nawet myję się przecierając jeszcze zaspane oczy nawilżoną chusteczką i już jestem gotowy do jazdy. Odpaliwszy silnik stwierdzam, iż warto byłoby się jednak ubrać do tego załadunku. Uśmiecham się na kolejnego smsa z treścią - Tniemy - wysłanego od mojego ulubionego spedytora. Muszę przyznać, że w sumie bardzo fajne chłopaki są tam po drugiej stronie, nie można im zatem odmówić, zresztą nie jeden już próbował. Taka praca, takie zasady. W gruncie rzeczy popieram ich: musi być dyscyplina, dlatego też nie dyskutuję, odpisuję - Tak jest.  
Jadę. Pierwszy załadunek i od razu mina mi rzednie - jasny gwint, pudełeczka a w nich? Czyżby naboje do poduszek powietrznych do samochodów osobowych? Trudno powiedzieć, nie mi decydować. Chwila postoju, dosłownie 5 minut i jazda dalej. W duchu zastanawiam się, co będzie zakombinowane, bo na pewno czeka mnie przeprawa promowa, a uprawnień na materiały pirotechniczne nie mam, nie wiem nawet jak wyglądają. W międzyczasie ponaglenie, cobym się za bardzo nie rozluźnił. Doładunek okazuje się być powtórką z załadunku, tylko pomnożony o większe boksy. Hmmm, no ładnie, coraz bliżej przeprawy, a ja nie mam co pokazać w okienku celnikom. Trzeci doładunek: normalny. Ciśnienie jednak nie schodzi i nie pozbywam się stresu, wręcz przeciwnie – zostaję poinformowany,podczas kontroli pokazuję tylko jedne dokumenty i nie ma problemu. Zaśmiałem się pod nosem, bo wszystko jest sprecyzowane przyjemnie i prosto – ot, normalka. Szybka wymiana wiadomości ze spedytorem: co by było, gdybym przewoził nie to, co trzeba? Czy się mnie wyprą, jeśli zostałbym zaaresztowany? Odpowiedz satysfakcjonująca - Damy okup za twoją głowę.- Spoko. 
Upewniam się jeszcze, czy w doładunku z Holandii nie mam przypadkiem marihuany, chociaż wiem, że firma nie naraziłaby żadnego z kierowców na takie ryzyko.
Po chwili słyszę:  
- Marihuany nie masz, masz LSD, ale tylko małe ilości.
Dla rozluźnienia atmosfery pytam, czy jak się sprawdzę, to poprzemycam jakichś uchodźców albo broń.
- Będziesz jeździł w kółkach Kolumbia-Meksyk-USA, odwiedzając największe kartele narkotykowe - otrzymuję odpowiedź. W międzyczasie dosta wiadomość od przyjaciela, który dowiedziawszy się, iż jadę do UK, każe mi umówić go z królową na herbatę. Wiadomość kończy zdaniem - God save the Queen!!! co utkwiło mi w pamięci. I tak minął mi dzień na wymienianiu uprzejmości i planowaniu przemytu na wielką skalę...
Ale, ale! Przecież ja dziś w nocy naprawdę mam przemycić dwie dostawy spięte pasami i leżące w najlepsze na pace mojego samochodu. Cholera.

Terminal do odpraw promowych był tak pięknie oświetlony, iż na sam widok przeszły mnie ciarki. Po co im tyle tego światła pomyślałem.
I od razu zobaczyłem oczami wyobraźni jak cały towar prześwituje przez plandekę 
i wszystko widać jak na dłoni. Jakiś człowiek nie wiadomo skąd, przystanąwszy przed celnikami krzyczy na głos:
- On ma nielegalny towar na pace i nie melduje o tym!!!
Brrrrrr... Czuję jak przechodzą mnie ciarki po plecach, a nogi robią się jak z waty.
- No super - chwalę swoją własną wyobraźnię, mamrocząc jeszcze do niej – Ale się wysilasz, i to w takiej chwili. Lepiej postaraj się mi pomóc, trzeba podjeżdżać bliżej. A tu co się dzieje? Kolejka tuż przed wjazdem i wszyscy jak jeden przejeżdża przez rentgen. Osobiście nigdy wcześniej tam nie byłem – myślę.
- No to masz okazję – podpowiada mi moja wyobraźnia.
Wjeżdżam, siedzę twardo za kółkiem i nie wiem, czy wysiąść, czy co.
- Proszę wysiąść i wejść do środka – powiedział celnik, pokazując mi małe biuro.   
Po rentgenie usłyszałem:
- Może pan jechać dalej.
- Super - myślę - jeden zero dla mnie, ha ha ha.
A teraz kontrola dokumentów przewozowych oraz dowodu i zaczynają się schody. 
- Co pan przewozi?
- Szyby samochodowe – mówię zgodnie z prawdą, dając dokumenty, które na pewno są czyste. Pozostałe dwa komplety głęboko schowane. Czekam, facet dzwoni gdzieś. Zaraz Cię zaaresztują!!! - krzyczy w głowie moja wyobraźnia. Facet z uśmiechem daje mi 
z powrotem dokumenty mówiąc: 
- Dziękuję, proszę jechać. 
Idzie gładko, chociaż drżenie ręki odbierającej dokumenty wskazuje na lekko podniesione ciśnionko.
Dwa zero. Jadę 50 metrów dalej i widzę celnika, który już czekał, a teraz ze szczerym uśmiechem zaprasza mnie na garaż, mówiąc:
 - Chcielibyśmy przeszukać pańską kabinę. 
Matko i córko, szukajcie, tylko nie otwierajcie paki - myślę.
Wjeżdżam.
- Rozumie pan angielski? - pyta celnik
- Tak. - potwierdzam.
- Przewozi pan jakieś papierosy?
- Nie, nie palę. Uśmiech: 
- A alkohol?
- Nie.
- Czy przewozi pan jakieś niedozwolone substancję chemiczne?
Teraz moja wyobraźnia zaczyna już drzeć się na całe gardło: - Sprawdźcie pakę, przemyca przemyca!
- Nie nic takiego nie przewożę - mówię prawie prawdę.
- Gdzie pan jedzie?
- Chciałbym do królowej, ale muszę rozładować te szyby. Celnik uśmiecha się i wzywa kolegę z psem. Stoją i patrzą się jak ja się pocę. Piesek jednak wcale nie jest zainteresowany autem, tylko cały czas ciągnie celnika w moim kierunku, merdając przyjaźnie ogonkiem
- Co jest? myślę. A celnik pyta: - Lubi pan psy?
- Tak, jak ładowałem w Niemczech towar kręcił się tam taki piesek i chyba mi obsikał buta - mówię, zaśmiawszy się .
- No tak, dlatego ten tak ciągnie do pana. Mogę wejść do kabiny? - pyta pierwszy z nich .
- Oczywiście.
Patrzy pobieżnie i schylony wychodzi.
Teraz albo pojadę, albo ….plandeka do góry i zaczną się pytania. 
Nie zdążył się nawet wyprostować, jak ja do niego:
- God save the Queen !!! ( Boże, chroń królową.) Good bye. 
 Wziąłem wprawnym ruchem ręki dokumenty, wsiadłem do kabiny i zamknąłem drzwi.
 Wiem, że chciał spytać, co mam z tyłu, wiem, że to nie był jeszcze dla niego koniec, ale tak go wszystkim zdezorientowałem, że jedyne co mógł powiedzieć, to:
- God save the Queen - pokazując przy tym, że wyjeżdżam.

 

3 komentarze:

  1. Tak jakos przypomianaja mi sie moje wyjazdy w latach siedemdziesiatych ubieblegu wieku do ZSRR..............boze chron krolowa..............

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja natomiast nigdy nie byłem na wschodzie ale jest to moje ukryte marzenie mam nadzieję że kiedyś się tam wybiorę pozdrawiam serdecznie żeglarz europy

      Usuń