piątek, 7 lutego 2014

Osaczony...


Dzień pierwszy. Postój jak każdy inny, trzeba wykonać parę rzeczy: przygotować się do następnej jazdy, pozamiatać choćby, zjeść coś gotowanego a więc co za tym idzie powykładać  całe to babskie pobojowisko do gotowania. Poza tym nudy straszne; parking jak parking, ludzie się zatrzymują, robią co muszą i jadą dalej. Owszem, widziałem,  że jeden samochód stoi dłużej niż wszystkie inne, ale co tam, nikt nie myśli 
w takiej sytuacji od razu o czymś podejrzanym.
Dzień drugi. Nic specjalnego od rana się nie dzieje.Tylko samochód,  który stał wczoraj pięć godzin na parkingu, dziś przyjechał także. Zdziwiłem się, co można robić na parkingu po pracy. Odpowiedź przyszła sama  w późniejszym czasie.  A tymczasem facet  po prostu  wysiadł z tego osobowego auta i przyglądał mi się tajemniczo od dłuższego czasu. Zacząłem się zastanawiać, co on właściwie do  mnie ma. Ale po chwili zająłem się swoimi sprawami. Pomyślałem tylko, że dobrze się stało, iż nie jestem jedynym weekendującym kierowcą na tym parkingu. Kiedy kończyłem rozmyślania, kierowca, który był moją deską ratunku, zapalił silnik i odjechał. W tym samym momencie podejrzany facet uśmiechając się do mnie,  wyciągnął  telefon.  Patrzył mi się przy tej czynności prosto w oczy. Brrr- pomyślałem- robi się nieciekawie!  Przestałem więc zwracać na niego uwagę oficjalnie, a  patrzyłem jedynie ukradkiem. Chodził  bez ładu i składu po całym parkingu. Zaczęło się zciemniać, kiedy  tajemniczy gość zniknął bez śladu z nieoświetlonego parkingu 
w ciemną noc. Wybałuszyłem oczy: w  takich warunkach jednak trudno było cokolwiek zauważyć. Owszem,  bliżej toalet stały dwie latarnie uliczne, które rzucały ponure światło na opuszczone auto delikwenta, ale jego w środku nie było!  Próbowałem sobie jakoś wytłumaczyć to jego zniknięcie: pewnie nawaliło mu auto 
i poszedł po pomoc, ale z drugiej strony mózg błyskawicznie podsuwał logiczne wątpliwości – to dlaczego nie zadzwonił? Może telefon mu się rozładował...I nie poprosił o pomoc? Nie próbował pożyczyć telefonu? 
Nic nie powiedział?
 I wtedy zaczął się wdzierać element grozy, mało tego  rozgościł się w mojej kabinie w najlepsze. Cholera - pomyślałem( o ile to w ogóle możny nazwać myśleniem)- co z nim? Trwało to dłuższą chwilę. Nagle, coś mignęło mi w prawym lusterku, ale nie światło,  lecz jakby ktoś przechodził... Wpatrywałem się przez dłuższą chwilę, ale nic... Gdzie on się podział? Znowu coś mignęło... Wytężyłem wzrok.  Coś przeszło tuż obok szyby mojej Renaty. O Boże! Kurczę! Aż podskoczyłem do góry, tak się przestraszyłem. To był on! Jego oczy tępo i nieruchomo wpatrywały się  w moje! Zniknłął równie szybko, jak się pojawił. Nawet nie zdążyłem się o nic zapytać. Usłyszałem tylko jak zapala silnik swojego grafitowego samochodu i zobaczyłem jak odjeżdża w ciemość ! Uf – odetchnąłem z ulgą..
Dzień trzeci. Niedziela rano. Cisza, spokój, ni  żywego ducha w okolicy. Nawet po autostradzie nic nie jeździ. Ten dzień to dzień mojego ogólnego niewyspania i rozdrażnienia spowodowanego wydarzeniami  dnia poprzedniego. Próbowałem się pocieszyć:  było minęło, nie ma co przeżywać. Zaparzyłem herbatę i właśnie zacząłem się brać za smażenie  jajecznicy na  boczku, kiedy to dokładnie w ty momencie na parking wjechały trzy auta. W tym jeden bardzo znajomy! Grafitowy ! Pomyślałem - O matko!  Będzie napad!  Pewnie faceci   myślą , że coś przewożę.
 Poobserwowałem ich, ale nic. Nie podchodzą, rozmawiają. Jajecznica  zaczęła się przypalać więc chcąc nie chcąc musiałem spuścić gości z oczu. Gdy podnosiłem je z powrotem zobaczyłem  ich już przed maską mojego autka w odległości  trzech metrów. Z duszą na ramieniu czekałem na rozwój wydarzeń.
Zaatakują? Jak to zrobią?- zaczęły mi się przewijać  przed oczami różne pytania. Co zrobią?! Ale przecież ja im nic nie zrobiłem!
Wtem: nie! Nie mogłem w to uwierzyć:  u całej trójki jak na komendę opadły spodnie, a jakby jeszcze tego było mało, trzymali się za nabrzmiałe genitalia i słali mi całusy. Niewiele myśląc odpaliłem Renatę w jednej chwili i ruszyłem pełnym gazem w stronę  masturbujących się kolesi.
Rozpierzchli się, a ja zmieniając parking uciekłem od tego okropnego widoku. Ale  po jajecznicy i apetycie nie było już nawet śladu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz